Please, stay

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Nocne niebo spowiły ciemne chmury, całkowicie zakrywając księżyc. Dziewczyna imieniem Annabelle stała po środku leśnej ścieżki, zastanawiając się, co ona tutaj tak właściwie robi. Spojrzała na chmury, cicho wzdychając. teraz straciła jedyne światło, które pokazałoby jej dokąd ma iść. Opuściła ręce i cichutko westchnąwszy obróciła się dookoła. I nic. Tylko wysokie, czarne drzewa, stanowiące naturalną barierę dźwiękową. Żaden krzyk i wrzask nie wydostanie się z tego lasu. Nikt jej nie usłyszy.
Zawiał wiatr przeszywając Annabelle. Odruchowo złapała się za ramiona czując ostry ból.
"Muszę się stąd wydostać" pomyślała. Ale w którą stronę ma ruszyć? Po chwili namysłu, zdecydowała, że nie będzie nic kombinować i otuliwszy się szczelniej ramionami, ruszyła przed siebie.
Anabelle, samotna, piękna dziewczyna, ubrana była jedynie w zwiewną, czarną, długą do ziemi suknię. Włosy miała równie czarne jak suknie i długie do połowy pleców. A oczy... W oczach Anabelle można było utonąć w jednej chwili. Niebieskie niczym morze. Tak łatwo się w nich zatracić, tak ciężko na nie nie patrzeć, a jednak kusi. Aż grzechem jest nie spojrzeć.
Tak więc szła niebieskooka Anabelle przez las, kiedy dostrzegła w oddali malutkie światełko. Przetarła oczy, myśląc, że już ma przywidzenia, ale nie! Naprawdę widziała światło! Uśmiech zagościł na jej smutnej, przemęczonej twarzy. Ostatkiem sił dotarła na skraj lasu, popatrzyła na tabliczkę z nazwą miasta, i z ulgą osunęła się w ciemność.
Ocknęła się w miękkim łożu, okryta puchową kołdrą. NIe otwierając oczu, uśmiechnęła się, będąc przekonana, że las i męcząca wędrówka, były tylko jej wymysłem. Niestety, prawda bywa okrutna. Kiedy Annabelle otworzyła oczy, zobaczyła wpatrzoną w siebie twarz. Krzyknęła ze strachu, szybko się podnosząc.
-Kim jesteś?!- zawołała oburzona- Czemu mam na sobie te ubrania?!- dodała zerknąwszy na powycierany czerwony T-shirt z liczbą 10 na środku i na spodnie od piżamy. Nieznajomy mężczyzna zawahał się, odsuwając się od niej.
-Heeej, spokojnie. Nic ci nie zrobię. Naprawdę- zapewnił.
-Kim jesteś?!- powtórzyła.- Mów!
-Nazywam się Finn. A tobie jak na imię?
-Annabelle. Nazywam się Annabelle.- dodała spokojniej.
-No więc Annabelle! Witaj w naszym domu- wykonał zamaszysty ruch ręką odsłaniając pokój.
Ściany pomieszczenia były biało niebieskie, a na jednej z nich widniał wielki obraz kobiety w czerni na czarnym koniu. Trzymała w jednym ręku wodze, a w drugiej dłoni miecz. Jechała donikąd.
-Skąd to masz?- spytała wskazując obraz. Reakcja Finna była natychmiastowa.
-A co? Podoba ci się?
-Nie… To znaczy tak… Po prostu chciałam się dowiedzieć co on oznacza. Kto to jest. –Finn wzruszył ramionami.
-Nie mam pojęcia. Spodobał mi się więc go kupiłem. Stwierdziłem, że idealnie będzie pasował do mojej sypialni.
-A więc to twoja sypialnia?- dziewczyna spojrzała z przerażeniem na niego.- Bardzo cię przepraszam! Ja… Ja już może pójdę. Nie powinnam zawracać ci głowy.
-Nie możesz- zaprotestował. Miał poważną minę. Anabelle posłała mu pytające spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się i oznajmił- Jeszcze nie zjadłaś śniadania.
* * *

Wznowiłam bloga. Mam nadzieję, że spodoba wam się pierwszy rozdział i zaciekawi was.
<3


29.09.2013 o godz. 14:27

Rudowłosa dziewczyna stąpała lekko po świeżym śniegu i patrzyła na swój cień, zastanawiając się kim jest. Twarz ukryła w śliwkowym kominie, a długie loki opadały jej na ramiona. Miała na sobie cienką, zwiewną kurteczkę. Nie podejrzewała, że będzie tak zimno i że będzie tak wolno szła. Szczękała zębami i co chwila przeszywał ją ostry dreszcz.
Na drodze było pusto. Cisza. Żadnego szczekania psa, żadnych nadjeżdżających pociągów, żadnych ludzi. Jedynie wiatr co chwilę wiał, zmuszając drzewa do ruchu.
Dziewczyna bała się iść sama. Myśli miała różne. Jedne bardziej drastyczne od drugich, a kiedy na chwilę zamykała oczy, bała się, że przed nią wyrośnie z ziemi jakiś człowiek. Potwór. Cokolwiek zdolne do tego, by się nie zawahać jej skrzywdzić, ale mimo to szła dalej.
Zatrzymała się dopiero przy małym lasku, który musiała przejść, by dostać się do swojego domu. Tam nie było latarni. Tam było ciemno, złowieszczo i groźnie. Wstrzymała oddech i postawiła stopę na skraju lasu, gdzie światło wydobywające się z latarni, już nie przebijało się przez gałęzie drzew iglastych i nie oświetlało szerokiej ścieżki na wskroś lasu.
Ciche pohukiwanie nie dawało jej spokoju. Cały czas miała wrażenie, że ktoś lub coś się na nią czai i że ktoś ją obserwuje. Zadrżała i przyspieszyła kroku.
-Natalie…- usłyszała swoje imię. Zatrzymała się i nasłuchiwała. Na próżno. Zaczęła iść dalej.
-Natalie chodź...- sytuacja się powtórzyła. Dziewczyna znowu stanęła i powoli zaczęła się obracać. Serce jej przyspieszyło i była gotowa do ucieczki. Na szczęście znowu nikogo nie zobaczyła. Odetchnęła z ulgą i czekała aż jej puls znowu się uspokoi.
Przeszła parę kroków i…
-Zabiję cię…- tym razem Natalie nawet nie spojrzała za siebie i pobiegła przed siebie. Niestety nie zauważyła wystającego korzenia i runęła jak długa.
Poczuła jak coś pęka jej w nodze.
No świetnie, myślała. Czemu w takiej chwili?!
Zaczęła się czołgać w stronę domu. Już niedaleko. Tak niewiele brakuje. Krzyknęła. Tajemniczy głos zaśmiał się i powoli zmierzał w jej kierunku. Pisnęła i podciągnęła się do góry. Na jednej nodze będzie znacznie szybciej.
-Nie!- krzyknęła przez łzy.- Nie błagam. Czemu mnie chcesz zabić?- ledwo wymawiała słowa. Ból był nie do zniesienia, a ona już nie dawała rady.
Przewróciła się i zapragnęła spojrzeć w twarz zabójcy.
-Nie… Jak to możliwe? C ty tutaj robisz? Nie!- tylko to zdążyła powiedzieć. Zobaczyła tylko jak wielki nóż się nad nią unosi. Otworzyła usta i nie mogła złapać powietrza. Usłyszała jak ktoś krzyczy jej imię i jej powieki powoli się zamknęły. To koniec.
Tagi: LOL
29.12.2012 o godz. 20:04

Rozdział 3
Obudziłam się zdyszana w moim łóżku. Oby sen nie stał się rzeczywistością. Coś złego się ze mną działo. Jednak ja nie potrafiłam zaakceptować tego, że czuję coś do Liama. Wiem, że to zbyt szybko. Minęło niewiele czasu odkąd ponownie się spotkaliśmy.
Rzuciłam się ponownie na poduszkę i głęboko westchnęłam. Ktoś zapukał.
-Kto tam?- krzyknęłam ostatkiem sił. Drzwi się uchyliły i pojawił się w nich Liam. O Boże... tylko nie on. Proszę.
-Mogę usiąść?- wskazał na łóżko. Był jakiś przybity. Zresztą ja też nie wykazywałam się entuzjazmem.
-Siadaj.
-Musimy pogadać- o nie, zaczyna się. Przeczesałam i grzywkę i zmusiłam się do uśmiechu.
-Mów.
-No więc...- zaczął. Starałam się na niego nie rzucić. Zamiast w oczy patrzyłam mu się na usta. Jak bardzo bym chciała...
-Gwen, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- zapytał wyrywając mnie z transu.
-Sorki. Jeszcze śpię.
-Gwendolyn ja... muszę ci coś wyznać.- serce zabiło mi mocniej. Telefon mi zadzwonił. Akurat na dzwonek miałam ustawioną piosenkę Forever, oczywiście KISS'ów.
-Nie wiem co się ze mną dzieje. Ja... ja chyba się zakochałem w...- już się do niego przybliżyłam, ale nie.- Megan. Nie mogę przestać o niej myśleć.- w tle leciał akurat refren:
It's forever, this time I know and there's no doubt in my mind
Forever, until my life is thru, girl I'll be lovin' you forever
(Że to na zawsze, tym razem już wiem, I w moim umyśle nie rodzą się wątpliwości
Na zawsze, dopóki moje życie trwa, Dziewczyno będę cię kochał na zawsze)
Akurat leciał fragment, w którym Paul mówi, że będzie ją kochał zawsze, a mi pękło serce. Otworzyłam usta, chcąc coś powiedzieć, ale po prostu mnie zatkało. Mój sen się nigdy nie spełni. It's forever... jasne. Głupia piosenka.
-Przepraszam Liam. Ale... Od kiedy?
-Odkąd nas zostawiłaś na chwilę. Razem. Spojrzałem w jej piękne czekoladowe oczy i jakoś tak samo wyszło. Ale ona kocha Micka! Co mam zrobić?- przytuliłam go.
-Mam tak samo- szepnęłam, z dala od jego uszu
-Coś mówiłaś?
-Nie, nic- powiedziałam przez zaciśnięte zęby. - Wybacz Liam,ale muszę się przygotować.- unikałam jego wzroku, kiedy wychodził.
Dzisiaj niespecjalnie starałam się zadbać o wygląd. Byłam w całkowitej depresji. Nie mogłam uwierzyć, że on kocha Megan! Nie ubrałam się. Usiadłam na łóżku w piżamie i związałam moje kruczoczarne włosy w kok. Podkurczyłam kolana i wpatrywałam się w szarą rzeczywistość. Na dworze stało jedno drzewo. Już jesień. Jeden liść niepewnie chybotał się na cienkiej gałązce. Patrzyłam jak osamotniony upada żeby dołączyć do pozostałych. Ja jestem jak taki liść, ale jeszcze nie potrafię dojść do siebie. Złamane serce boli.
łza spłynęła po moim policzku. Najpierw jedna, potem druga,aż w końcu zalałam się łzami. Wystukałam numer Emily. Znałam go na pamięć.
-Emily?- zapytałam drżącym głosem i tylko tyle udało mi się powiedzieć i znów zaczęłam płakać.
-Co się stało?- głos Emily do mnie dotarł z kilkusekundowym opóźnieniem
-Ja myślałam... on... ale... Megan..- więcej nie umiałam.
-Już jadę.- rozłączyła się. Usiadłam w kącie i przytulałam poduszkę.
Znowu pukanie do drzwi. Znowu Liam.
-Boże Gwendolyn. Co się stało?- rzucił plecak na ziemię i usiadł obok mnie. Machnęłam ręką. Jego bliskość wprawiała mnie w jeszcze gorszy stan. Jego zapach... objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Położyłam mu głowę na ramieniu. Siedzieliśmy w ciszy. Ja czekałam aż łzy na moich policzkach wyschną.
-No więc? Co się stało?- zapytał szepcząc. Zamknęłam oczy napawając się tą chwilą. Westchnęłam. Nie chciałam zbytnio kłamać więc odpowiedziałam po prostu:
-Nieodwzajemniona miłość.
***

Mam nadzieję że się podoba :D Hmm tak na początek: 8 kom = nn
Tagi: dark love
25.10.2012 o godz. 20:27

Prolog
Noc była ciemna. Wokoło głucho i cicho. Żadnego szelestu. Żadnego ruchu. Żadnej żywej duszy w pobliżu. Jej oczy wędrowały od jednego drzewa do drugiego. Zastanawiała się, które jest najlepsze.
Nigdy nie zastanawiała się nad śmiercią. Kiedyś bała się zadać sobie ból. Ale to było kiedyś. Nowe życie i nowa szkoła zmieniły ją i jej podejście do bólu. Nowe fałszywe koleżanki, sprawiły że życie Silver zamieniło się w piekło. .]
Miała przyjaciół. Niewielu, ale miała. Jednak nie mogli usłyszeć wyzwisk, nie mogli się w nią wcielić i poczuć tego bólu. To po prostu niemożliwe.
Istnieją na świecie ludzie słabi, nieodporni na takie sytuacje, które przydarzyły się Silver. Zmusiły ją do podjęcia decyzji, które trwale i nieodwracalnie zmienią jej losy.
Suche liście zaskrzypiały pod jej nogami,. Poruszała się powoli, nie bacząc na wiatr, który przeszywał ją na wskroś.. Drżała z zimna., jednak zdawała się tym nie przejmować.
Gorąca i słona łza spłynęła po jej zimnym i lekko zaróżowionym od chłodu zimna. Nic nikomu nie mówiła. Jej przyjaciele by ją powstrzymywali i odwiedli od tego głupiego pomysłu. Ale po co?
Jej wiedza na temat samobójstwa, ograniczała się do minimum. Wystarczyło jej wiedzieć, że jedno zwykłe, głębokie cięcie wystarczy by się zabić.
Stanęła naprzeciwko wielkiego i masywnego dębu i zdjęła z ramienia torbę z naszywkami jej ulubionych zespołów i przyjrzała się im uważnie. Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak wspaniale było móc usłyszeć prawdziwa muzykę. Wyjęła notes. Z wahaniem wyjęła z niego kartkę i zaczęła pisać list pożegnalny. Słowa, które przelewała na papier przychodziły jej z trudem. Nie wiedziała co napisać. Nie wiedziała, jak się pożegnać. Czy w ogóle cokolwiek pisać? Długopis wypadł jej z ręki, a ona zalała się łzami. Będzie za nimi tęskniła. Za Mickiem i Gwenny. Szczególnie za nią. Zdjęła wisiorek z szyi i z drżącymi rękami zwinęła go, układając na jedwabnym szaliku. Dołączyła do niego liścik. W końcu. Zaraz to zrobi.
Wyjęła najostrzejszy nóż, jaki posiadała. W oddali słychać było zbliżające się gwałtownie kroki. Ten ktoś biegł w jej kierunku. Zacisnęła pięści i przyłożyła nóż do przegubu ręki. Zamknęła oczy i przejechała po nim wciskając narzędzie bardzo głęboko.
Strużka krwi pociekła po jej ręce. Ból dopadł ją z sekundowym opóźnieniem. Przycisnęła ręce do nadgarstka, jednak uświadomiła sobie, że tamuje krwotok. Pozwoliła więc spadać krwi na liście. Napawała się bólem. Ból, który sobie zadała uśmierzał jej wewnętrzne cierpienie. Kręciło jej się w głowie. Upadła na ziemie. Z jej twarzy zniknęły kolory. Ciężko jej się oddychało. Z każdą chwilą było coraz gorzej.
Ktoś upadł przy niej i przycisnął jej dłoń do swojej, ogrzewając ją delikatnie.
-Silver! O mój Boże! Cos ty zrobiła? – zdenerwowany i zrozpaczony głos Gwendolyn docierał do umierającej Silver. Czuła się zbyt słaba by się do niej odezwać. Uśmiechnęła się ciepło. Spojrzała na zatroskaną przyjaciółkę i zaśmiała się ochryple.
-Cześć Gwenny.- podała jej srebrny wisiorek z zawieszką. Przycisnęła go do piersi i zapłakała.
Na horyzoncie pojawiła się ciemna postać. Biegła i nagle gwałtownie się zatrzymała.
-Jezus Maria, Silver! Gwen dzwoń po karetkę! –nakazał Mick. Zawsze był przywódcą. Łzy ciekły ciurkiem po jego twarzy. Oddech Silver przestawał być słyszalny. Jej klatka piersiowa delikatnie unosiła się. Mick wziął ją za drugą rękę i odsunął Gwendolyn na bok. Zbliżył swoją twarz do swojej i złożył na jej ustach pocałunek. Jego zimne usta zetknęła się z jej znieruchomiałymi wargami. Odsunął się od niej i zobaczył jak jej powieki opadają na zawsze. Ręka dziewczyny zwiotczała i wypadła z dłoni przyjaciół. Padli sobie w objęcia rozpaczając nad martwą przyjaciółką.
Tagi: dark love
15.10.2012 o godz. 19:01
RealMe
Please, stay
Skąd: ...
O mnie: Just tell me you need me
statystyki
sekcja użytkownika
My home, my bed, my London